Dziś są imieniny: Borysa, Filomeny, Wawrzyńca
NA MARGINESIE

OBIETNICE OBIETNICAMI, A ŻYCIE ŻYCIEM

Polacy przywykli do tego, że obietnice składane podczas kampanii wyborczych w celu pozyskania przez partie głosów, nie są w większości przypadków w ogóle spełniane, albo bywają realizowane tylko częściowo lub inaczej niż zapowiadano. Tak było, gdy wybory parlamentarne wygrały ugrupowania AWS, Sojusz Lewicy Parlamentarnej i Platforma Obywatelska. Ostatnia z tych partii zostanie również zapamiętana jako mało lub wcale nie licząca się w pewnym okresie sprawowania władzy z wynikami konsultacji społecznych, czego następstwem było wypowiedzenie uczestnictwa w Komisji Trójstronnej przez związki zawodowe pracowników. Nie zmieniły tego doświadczenia usilne i pośpieszne starania rządu PO-PSL kierowanego przez premier Ewę Kopacz, albowiem niespełnionych obietnic i zaległości było sporo, a czasu na ich spełnienie i nadrobienie mało.

 

Jak będzie teraz, gdy władzę objęło Prawo i Sprawiedliwość, które walcząc o głosy z największym do niedawna konkurentem, czyli PO, przyobiecało wyborcom tak wiele jak nigdy dotąd żadna z partii? Ma ono komfortową sytuację, ponieważ posiada w Sejmie większość, w dodatku bardzo karną, toteż nie będzie wymówki, że zawiedli koalicjanci lub że uniemożliwiła wprowadzenie zmian zyskująca przewagę w pojedynczych głosowaniach koalicja. Widać także, że do wprowadzania części zapowiedzianych reform ta partia przystąpiła niemal natychmiast. Jednak sondaże pokazują, że maleje wiara Polek i Polaków w spełnienie obietnic prezydenta z kampanii prezydenckiej, PiS-u z kampanii parlamentarnej oraz w exposé premier Beaty Szydło (m.in. zapowiedź 14 projektów ustaw w 100 dni). W przeprowadzonych niedawno badaniach tylko 32 proc. respondentów była przekonana o dochowaniu przedwyborczych zobowiązań głowy państwa i rządzącej partii. Niewiara ta odnosi się zarówno do spełnienia obietnic w ogóle, jak i w to, iż zostaną one zrealizowane zgodnie z zapowiedziami. Powodem są różnice występujące pomiędzy deklaracjami składanymi podczas kampanii i na początku objęcia przez PiS władzy, a obecnymi wypowiedziami dotyczącymi wdrażania ich w życie. Rozbieżności i ciągle jeszcze istniejące niedomówienia dotyczą przy tym nie tylko szczegółów, lecz nawet kwestii zasadniczych.

 

Jaskrawy przykład w tym zakresie stanowi głoszone w obu kampaniach hasło „500 zł na każde dziecko”, którym szermowano, nie podając jakichkolwiek uwarunkowań, zastrzeżeń i objaśnień, a w które ciągle Polacy bardzo wierzą. Przyjęli oni je wprost, co okazuje się błędem, albowiem wbrew pierwotnemu sformułowaniu hasła w kampaniach wyborczych, od jakiegoś już czasu mówiło się o „500 plus”, czyli o tej kwocie nie na dziecko w ogóle, a na drugie i każde następne. Według obecnej wersji na pierwsze dziecko pieniądze te mogą otrzymać tylko rodziny, w których dochód jest niższy niż 800 zł na jedną osobę. Ale to sprawa ciągle niejasna także z innych powodów, bo przedstawiciele rządzącej partii wygłaszają na ten temat niekiedy sprzeczne informacje, być może będące tylko ich prywatnymi poglądami, lecz kształtującymi opinię publiczną. Przykładem jest wypowiedź dla „Faktów TVN” marszałka Senatu, Stanisława Karczewskiego z PiS-u, który powiedział, że najbogatsi, którzy zdecydują się wziąć pieniądze na dziecko, skompromitują się taką postawą. Wynikałoby z niej, skoro mowa o ludziach „bogatych”, że każda rodzina może sięgnąć po te pieniądze, a nie tylko z niskimi dochodami. Ponadto marszałek nie wyjaśnił, zresztą podobnie jak czynią to inni przedstawiciele rządu wypowiadający się na zbliżone tematy, kogo uważa za „bogatych”, a zatem jakie będą obowiązywały w tej mierze kryteria, o ile w ogóle zostaną wprowadzone.

 

Ale nie jest to jedyne, jak wszystko na to wskazuje, odstępstwo od nośnego propagandowo „argumentu” wyborczego czy też może niedomówienie na etapie kampanii wyborczych. Teraz wiadomo, że zgodnie z założeniem rządu, kwota ta będzie wliczana do dochodu i opodatkowana. Na tym nie koniec, gdyż jest jeszcze jedna szeroko otwarta furtka dla ujścia tej obietnicy w nieprzewidywanym przez wyborców kierunku. Mimo że hasło w pierwotnej postaci tego nie sygnalizowało, odbieranie tej kwoty umniejszy inne świadczenia na dzieci. Czwarta sprawa z tym związana, której Polacy się nie spodziewali, to odsuwanie tego świadczenia w czasie. Dodatek na dziecko miał być już od stycznia 2016 r., lecz teraz mówi się, iż dopiero od kwietnia tegoż roku.

 

Drugie nośne propagandowo hasło to obniżenie wieku emerytalnego do 60. roku życia dla kobiet i 65. roku dla mężczyzn. Projekt ustawy w tej sprawie trafił już do Sejmu, ale okazuje się, o czym w okresie przedwyborczej gorączki kandydaci na posłów z ramienia PiS nie wspominali, choć zapowiadali to eksperci, że skorzystanie z tego prawa, co już otwarcie przyznają przedstawiciele ekipy rządzącej, zmniejszy w niektórych przypadkach emerytury następnemu pokoleniu nawet o jedną trzecią. Cofnięcie reformy emerytalnej autorstwa Platformy Obywatelskiej jest, jak wykazują sondaże, oczekiwane przez większość Polaków, lecz nie zadają oni sobie pytania, po co prawo do przejścia na emeryturę według dawnych regulacji, skoro wiąże się z tym pogorszenie ich sytuacji materialnej na starość. Błędne jest przy tym przekonanie, że rządy jakoś załatwią ten problem i będzie, jak to się mówi, „dobrze”, ponieważ w państwie polskim emeryci należeli w przeszłości i najpewniej nadal będą należeć do grup społecznych najbardziej zaniedbywanych przez rządzących.

 

Z analiz fachowców wynika, iż efektem niższego wieku emerytalnego będzie za pięć lat brak rąk do pracy, a zatem w dużym stopniu spadnie bezrobocie, aczkolwiek wstrzemięźliwi w takich przewidywaniach są praktycy, czyli przedstawiciele urzędów pracy (problem szczegółowo omawia w bieżącym wydaniu „Dziennik. Gazeta Prawna”). Nie jest to jednak tak oczywiste, jak pisze wspomniana gazeta, ponieważ mogłoby się spełnić, gdyby przytłaczająca większość uprawnionych do emerytur według forsowanej przez PiS nowelizacji ustawy emerytalnej rzeczywiście zaprzestała pracy. Wtedy (w 2020 roku) na 100 osób zdolnych do pracy przypadałoby 67 osób w wieku nieprodukcyjnym (dziś jest ich 57). Ale tak nie musi być, ponieważ zgodnie ze wspomnianymi wyżej opiniami ekspertów i członków ekipy rządowej emerytury będą niskie, wobec czego wiele osób uzna za konieczne kontynuowanie pracy zawodowej. Tu z kolei rodzi się problem, jakie relacje zaistnieją pomiędzy tym zjawiskiem i spadkiem bezrobocia, a także jak w tej sytuacji będą postępować pracodawcy, o czym kilka dni temu pisaliśmy.

 

Podniesienie kwoty wolnej od podatku do 8 tys. zł zapowiadał już w kampanii wyborczej prezydent Andrzej Duda, a podtrzymał to PiS w kampanii parlamentarnej, zaś potwierdziła w pierwszym wystąpieniu sejmowym B. Szydło. Naiwne okazało się przekonanie, że zostanie ona wprowadzona szybko i w „propagandowej” postaci. Wprawdzie w pierwszych dniach grudnia br. odbyło się w Sejmie pierwsze czytanie projektu ustawy, a następnie został on skierowany do prac w komisji, jednakże z wypowiedzi Mateusza Morawieckiego, wicepremiera i ministra rozwoju, dowiadujemy się, iż opowiada się on za rozłożeniem kwoty wolnej od podatku na 2-3 lata oraz za tym, by mogły z niej korzystać tylko osoby do pewnego pułapu zarobków, np. 10 tys. zł brutto miesięcznie. Przebiegałoby to tak, że w 2016 r. kwota wolna zostałaby podniesiona np. o 1,5 tys. zł, a w następnych latach o kolejne 1500 zł, i tak doszlibyśmy do 8 tys. zł. Byłby to tzw. model progresywny, jaki zastosowano m.in. w Wielkiej Brytanii. Powiedział też, że osoby, które „dużo zarabiają”, nie powinni z niej korzystać, ale i tym razem nie zostało sprecyzowane, co znaczy to określenie. Zarabiający 10 tys zł miesięcznie to zdaniem ministra, a wynika ono z cytowanej wypowiedzi, jeszcze zarobek nie mieszczący się w tej kategorii, chociaż w skali roku stanowi przychód w wysokości 120 tys. zł. Osiągają takie zarobki tylko wybitni fachowcy w dobrze prosperujących firmach, ludzie władzy (w tym posłowie), osoby zatrudnione w spółkach Skarbu Państwa, instytucjach centralnych, bankach itp. Do jakiej kategorii wicepremier zaliczyłby pracownika z pensją miesięczną w wysokości 1 800 zł, albo emeryta z jałmużną wypłacaną przez ZUS w postaci ok. 1 000 czy 1 500 zł? Pomysł ministra ma jeszcze kilka innych wad, których nie będziemy roztrząsać.

 

Realizacja niektórych obietnic rodzi też różnice w zapatrywaniach w ugrupowaniu rządzącym. Kilka dni temu Jarosław Soja, członek i ekspert ekonomiczny Partii Razem, stwierdził, że „Projekt prezydencki dotyczący podwyższenia kwoty wolnej od podatku oznacza obniżkę podatków przede wszystkim dla lepiej zarabiających, bo ci najbiedniejsi już PIT-u nie płacą lub płacą go niewiele. Dodatkowo pomysł ten spowoduje ogromną dziurę w budżetach samorządowych. Jeśli chodzi o projekt „500 plus”, to wiele osób utraci przez niego uprawnienia do pomocy społecznej. Nawet jeśli na tym nie będą stratni, to i tu najwięcej zyskają ci zamożniejsi”.

 

Wśród złożonych przez PiS obietnic należy jeszcze wymienić obniżenie podatku VAT do dawnego poziomu 22 proc., obniżenie podatku CIT z 19 proc. do 15 proc. dla firm zatrudniających minimum 3 osoby, podniesienie minimalnej płacy za godzinę pracy (12 zł brutto), przewalutowanie kredytów we frankach, darmowe przedszkola, powrót do szkół dentystów i pielęgniarek, cofnięcie ustawy o 6-latkach lub jej zmiana, wyeliminowanie umów śmieciowych, podniesienie rent i emerytur... Łącznie można by się doliczyć aż 25. ogłoszonych w kampaniach wyborczych poważniejszych zmian, w tym w części teoretycznie korzystnych dla obywateli. Cechą wspólną większości z nich jest wybitnie socjalny charakter, co w przypadku partii prawicowych do pewnego stopnia zaskakuje, choć nie aż tak, jak twierdzi dzisiejsza polska lewica.

 

Nie wszystkie obietnice mogą, a nawet powinny być wprowadzone w takiej formie, jak mówiono o nich w kampaniach wyborczych. Odstępstwa od pierwotnych haseł są wymuszone realiami gospodarczymi, których nie wolno lekceważyć. Polska ma stosunkowo niski budżet, co wynika z wielu powodów, a w tym z ciążącego na gospodarce, mimo wszystkich osiągnięć w tej dziedzinie, niedorozwoju, podtrzymywania generujących ogromne straty jej sektorów (np. górnictwo w takim stanie, w jakim obecnie się znajduje), istnienia luk w egzekwowaniu podatków, w tym szczególnie VAT, funkcjonowania rozbudowanej do monstrualnych rozmiarów szarej strefy widocznej na każdym kroku, lecz słabo dostrzeganej przez organy państwa, utrzymywania rozwiniętych do granic zdrowego rozsądku przywilejów pewnych grup pracowniczych (rok ma dwanaście miesięcy, a w niektórych firmach płaci się nie tylko trzynaste i czternaste pensje, ale i premie kwartalne, roczne, rozmaite dodatkowe gratyfikacje, świadczenia itd.), a także wieloma innymi. Możliwości państwa są więc ograniczone i nie należy ich rozszerzać niebezpiecznym powiększaniem deficytu budżetowego lub w drodze zabiegów księgowych.

 

Zatem od początku, w trakcie kampanii wyborczych, było wiadomo, że trzeba będzie zderzyć się z kosztami obietnic, ale nikt poza ekspertami i ekonomistami głębiej nie pochylał się nad tym problemem. Tylko dodatek na dzieci może obciążyć budżet państwa kwotą 21,5 miliarda zł, jeśli obowiązywałby od początku 2016 r. i wszyscy by z niego skorzystali, natomiast jeśli wejdzie później, 15-16 miliardów zł w skali roku. Obniżenie wieku emerytalnego spowoduje, poza zmniejszeniem emerytur, gdy ktoś skorzysta z „dobrodziejstwa ustawy”, trudne na razie do oszacowania zmniejszenie wpływów do Funduszu Emerytalnego. Podniesienie kwoty wolnej od podatku pomniejszy wpływy do budżetu od 17 do 20 mld zł (w projekcie ustawy oszacowano ten koszt na 15 mld zł, biorąc pod uwagę, że zwiększy się konsumpcja, a to spowoduje odprowadzenie części tych pieniędzy ponownie do budżetu).

K. Markowic

 

***

 

 

SZKOLNE TABLICE INFORMACYJNE A ZAPOWIEDZIANE ZMIANY W OŚWIACIE

 

Ostatnio dużo mówi się i pisze o postulatach środowiska nauczycielskiego, a także o projektowanej reformie oświaty w Polsce. W obu przypadkach jakoś nie wspomina się o konieczności podniesienia kwalifikacji nauczycieli i stawiania im wyższych wymogów przy zatrudnianiu na jednej z najważniejszych posad. Nawiązał do tej sprawy internauta, który zagościł na naszej stronie i dotarł w tekście poświęconym protestom nauczycielskim do zdania, w którym krytycznie wypowiedzieliśmy się m.in. o błędach językowych i innych w informacjach oraz ogłoszeniach rozwieszanych w placówkach oświatowych. Dostarczył on nam dwa zdjęcia z jednej tylko szkoły, a jego krótki komentarz brzmiał: „Tak szkoły uczą poprawnego posługiwania się językiem polskim i logicznego myślenia”.

 

Przyjrzeliśmy się temu, co widać na zdjęciach. Pierwsze to wizerunek tablicy zawieszonej na bramie parkingu szkolnego z treścią od kilku lat pouczającą uczniów i rodziców: „Zarządzeniem Dyrektora Szkoły brama parkingu zamykana od godziny 22.00 do 6.00”. Nie ukrywamy, że bardzo nas ona zmartwiła, gdyż pomijając „drobne subtelności” związane z tym, co i kiedy powinno się pisać dużą literą, nieczęsto spotyka się w tak krótkim anonsie tyle błędów wynikających z nieznajomości zasad obowiązujących w ojczystym języku i jednocześnie nieumiejętności logicznego myślenia. A jest ich tyle, że cały anons jest po prostu pozbawiony sensu:

 

1) Wbrew wiedzy, jaką legitymuje się dyrekcja szkoły, bramy nie można zamknąć „zarządzeniem”, lecz dokonuje się tego przy pomocy klucza, kłódki, łańcucha itp. Zarządzenie dyrektora może być co najwyżej podstawą do zamknięcia bramy.

2) Niepoprawne jest oczywiście sformułowanie „Brama parkingu zamykana”, brak w nim bowiem orzeczenia, np. „jest”, „będzie” lub jakiegokolwiek innego, które powodowałoby użycie strony biernej czasownika „zamknąć”. Mówiąc wprost: poprawne byłoby w tym przypadku zastosowanie imiesłowu przymiotnikowego biernego czasownika „zamknąć” wraz z czasownikiem pomocniczym „być” w odpowiedniej formie. Ale to dla tej szkoły wyższa „szkoła jazdy”.

3) Komunikat wprowadza w błąd, ponieważ informuje, że brama nie jest zamknięta w określonym czasie, lecz „zamykana”. Zatem czynność „zamykania” (od „zamknąć”, „zamykać”) bramy trwa dobrych kilka godzin, a konkretnie osiem. Zaskakujące to, albowiem brama jest niewielka i niezbyt ciężka, wystarczyłoby lekko popchnąć ją ręką, by osiągnąć ten cel, tymczasem szkole ta czynność zajmuje całą noc.

4) Popełniwszy wskazane wyżej błędy, dyrekcja postanowiła popisać się jeszcze „językową nonszalancją”. Pisze bowiem w końcowym fragmencie „od godziny 22.00 do 6.00”. Widzimy, że „22.00” to na pewno godzina, lecz czym jest to „6.00”? Nie byłoby takich wątpliwości, gdyby zgodnie z zasadami i logiką napisano np. „od godziny 22.00 do godziny 6.00”, albo w „godzinach 22.00-6.00”. Kto by się jednak przejmował takim drobiazgiem w sytuacji, gdy wątpliwości nie budzi cała treść?

 

Na drugim zdjęciu przedstawiającym tablicę umieszczoną na skraju szkolnego terenu, jak nas poinformowano, kilka miesięcy temu (inna znajduje się obok bramy), czytamy: „Przejście przez teren szkoły w dni nauki w godz. 8.00-16.00 ZABRONIONE”. Nie widzimy w jej treści nonszalancji, o której wyżej mowa, ale i ona jest dowodem katastrofalnej niewiedzy. A ta polega m.in. na tym, że:

1) Wyraz „przejście” nie jest czasownikiem, lecz rzeczownikiem od czasownika „przejść”. Nie oznacza on czynności, lecz „miejsce, przez które można przejść; przesmyk, ścieżkę, drogę”. Może mieć różną postać i można z nim różne rzeczy robić, np. zagrodzić, jednak gdy chodzi o czynność, konieczne jest użycie czasownika. W treści tablicy go nie ma, a ściśle rzecz biorąc, w zdaniu po prostu brak orzeczenia.

2) Zabronić można czynności, a nie rzeczy. Gdybyśmy więc chcieli poinformować o tym, o co w tej tablicy chodzi, powinniśmy napisać, że zabronione jest „przechodzenie” przez teren szkoły.

3) Gdyby jednak zależało nam na takiej konstrukcji, jaką zastosowała nasza dyrekcja, należałoby po prostu napisać: „Przejście (jako czynność) przez teren szkoły jest zabronione”, podobnie jak w przypadku przykładu podanego w „Słowniku języka polskiego” PWN: „Przejście przez tory jest zabronione”. W tych konstrukcjach wyraz „przejście” został użyty w podobnym znaczeniu, jak w „Przejść przez most”, czyli w formie czasownikowej. Nawiasem mówiąc, nastręcza on trudności nawet wytrawnym, znającym znaczenia poszczególnych wyrażeń autorom tego naukowego poradnika. Podają oni taki przykład jego poprawnego użycia: „Przeszedł pieszo przez całe miasto”. No to trudno nie spytać, czy można „przejść” przez całe miasto inaczej niż „pieszo”?

 

Dowiedzieliśmy się przypadkiem, że placówka, która tak wybornie posługuje się językiem i logicznym myśleniem, to renomowana szkoła podstawowa w byłym mieście wojewódzkim na południowo-zachodnim krańcu Polski, nosząca w nazwie numer „11”. I wiemy dlaczego ten właśnie numer: pierwsza „jedynka” to ocena za poprawność językową w tej szkole, a druga za „logikę”. Przydałaby się jeszcze ocena „0” za kulturę języka.

 

Ostatnio dodane

Podczas konferencji prasowej zorganizowanej 8 marca br. w Szpitalu...
8.03.2016
Trybunał Konstytucyjny podczas dwudniowego posiedzenia bada ustawę z 22 grudnia...
8.03.2016
W Polsce obchodzono 1 marca 2016 roku Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy...
2.03.2016
W poniedziałek, 22 lutego br. wejdzie w życie ustawa z dnia 25 czerwca 2015...
18.02.2016
„Munduru policji tak łatwo się nie porzuca. Choć więc gen. Tomasz Połeć (47 l...
18.02.2016
Rada Dialogu Społecznego miała obradować 18 lutego 2016 roku nad projektem...
18.02.2016