Dziś są imieniny: Borysa, Filomeny, Wawrzyńca

Szansa

Nastąpiła zmiana rządu i następują zmiany sposobu rządzenia. Tak zapowiada zarówno prezydent, jak i rząd. Czy związki zawodowe mają jedynie się przypatrywać? Czy też zaczną być na tyle aktywne, żeby zainicjować i konsekwentnie przeprowadzić działania zmierzające do wprowadzenia zmian w przepisach prawa pracy oraz dotyczących relacji pracodawca-pracobiorca. Według wszystkich oznak na niebie i ziemi pojawiła się szansa na wysłuchanie oczekiwań dużej części obywateli zaliczanych do pracobiorców. Byłoby olbrzymim grzechem zaniechania „nic nierobienie” w tej sytuacji.

 

W mojej ocenie jedną z najważniejszych spraw jest przywrócenie nadzoru społecznego w spółkach skarbu państwa i z udziałem akcji skarbu państwa. To duże spółki, posiadające duży majątek, zatrudniające tysiące pracowników, łakomy kąsek dla firm, struktur i obcych państw. Zniesienie przez PO przepisów ustawy o obowiązku powoływania do dwóch piątych członków rad nadzorczych spośród członków załogi, czyli de facto funkcjonowania nadzoru społecznego, spowodowało wystąpienie różnych patologii, ze zbyt rozdmuchanymi wynagrodzeniami „menedżmentu”, szerokim strumieniem środków na pijar, sponsoring itp., przy jednoczesnym zablokowaniu systematycznego wzrostu wynagrodzeń zasadniczych pracobiorców włącznie. Zepsuto przez to poprawne stosunki pracodawca-pracobiorca i poprawne relacje pracodawca-związki zawodowe. Akcje strajkowe mnożyły się i zastępowały negocjacje, które pracodawca i rząd jedynie markowali. Negocjacje przestały być normalnym narzędziem ustalania poziomu wynagrodzeń, ponieważ zniszczono również ustawę o negocjacyjnym wzroście wynagrodzeń. Poziom wynagrodzeń prezesów w wielu tego typu spółkach jest tak wysoki, że nie są oni w stanie pracować, zatroskani o sposób inwestowania i obrotu własnymi pieniędzmi. Stali się klasą posiadaczy, a nie menedżerami. Nie jest to ich wina. Stare porzekadło mówi: „Tak się kraje, jak się daje”, a przyznanego wynagrodzenia, nie można, zgodnie z przepisami prawa pracy, nie przyjmować.

 

Opisywane patologiczne relacje wymyślili z rozmysłem liberałowie z prostej przyczyny. Zdrowe zasady, np. wynagrodzenie prezesa jako krotność średniego wynagrodzenia w firmie, nie są im potrzebne. Taka zasada, po pierwsze, krępuje swobodne przyznawanie dowolnej wielkości wynagrodzenia swoim (ideologicznie i „biznesowo”) ludziom, po drugie, sprawia, że nie są zainteresowani negocjowaniem wzrostu wynagrodzeń za przeproszeniem szarej masy zatrudnionych, bo to sprawia, że „pogarsza się wynik” firmy. W domyśle, liczone w skali roku ich milionowe wynagrodzenia nie pogarszają wyniku, natomiast wynagrodzenia pracowników tak. Taka jest filozofia liberałów.

 

Sprawa ta to bomba z opóźnionym zapłonem, podłożona pod każdą następną partię polityczną, która bez zmiany przepisów w tym względzie spowoduje zawarcie umów z nowymi menedżerami. Patologie w omawianym względzie zrównają w oczach propagandzistów i obserwatorów opcje polityczne, a wysokie pensje prezesów z nowej opcji politycznej spowodują niechybnie rozłam w tej partii (efekt „wyścigu szczurów” i „gorączki złota”). Liberałowie niczym nie ryzykują, jeśli nowa opcja zaakceptuje taką patologiczną sytuację, dorwą się po paru latach do władzy i „po wsze czasy” będą „spijać soki z brzegu pucharu”.

 

Wracając do związków zawodowych: nie tylko powinny, ale w mojej ocenie muszą jak najszybciej wnieść do legislacji projekty ustaw dotyczących szeroko rozumianego interesu pracobiorców. Jest to być może jedyna w dekadzie szansa, którą należy wykorzystać także dlatego, żeby unaocznić społeczeństwu i pracobiorcom, że są różnice w rządzeniu danych partii i opcji politycznych. Obecna koalicja rządząca chce o tym rozmawiać i zmieniać prawo. Natomiast liberałowie będą walczyć jak tygrysy o władzę, ale nie po to, aby ze związkami partnersko rozmawiać lub z pracobiorcami się liczyć.

 

To w zasadzie związki zawodowe powinny już wiedzieć. Niestety, ciągle nabieramy się na słówka i dajemy sobie zamykać usta nowoczesnymi hasłami i wskaźnikami, z których w żadnym polskim domu nie da się ugotować zupy.

Zadań legislacyjnych jest niemało: przywrócenie „koszyka podstawowych dóbr” przy wyliczaniu wskaźnika inflacji liczonego do wysokości niezbędnych wzrostów wynagrodzeń zasadniczych; przepisy dotyczące czasu pracy; umowy śmieciowe itp.; finansowanie związków zawodowych. To także ważne dla kraju, w którym od lat majstruje się przy prawie tak, aby związki zawodowe zmarginalizować lub po prostu niszczyć. Wciąż słyszymy hasła typu „związki powinny być za bramą zakładu”. Pora więc może na poważną debatę na ten temat.

 

Każdy autentyczny związkowiec chętnie będzie pracował w firmie „związek zawodowy”, analogicznie jak na Zachodzie. Jednak trzeba by tak samo jak na Zachodzie zapewnić prawo do funkcjonowania związków zawodowych w ramach przepisów pozwalających na ich niezależną egzystencję (koszty siedzib, etatów itp.). Tożsame jest to z koniecznością powołania przepisów, które regulują finansowanie związków typu centrale związkowe lub struktury ogólnokrajowe (odpowiednia liczba członków) oraz struktur wojewódzkich, powiatowych i mniejszych, zarówno z budżetu państwa i lokalnych, jak i z wpływów z podmiotów, w których pracują członkowie związków. Składka związkowa jest wtedy jednym ze źródeł finansowania, a nie podstawowym lub jedynym źródłem. Czy jest to realne i możliwe? Oczywiście, że jest możliwe. Podmioty gospodarcze nie tak dawno odprowadzały na rzecz swoich związków pracodawców kwoty liczone rocznie w setkach tysięcy złotych, nieosiągalne dla związków zawodowych. A w budżecie państwa i lokalnych do dziś (i tak będzie zawsze) znajdują się dziesiątki pozycji mniej potrzebnych niż opisywana. Marnotrawionych lub istniejących z przyczyn politycznych. Wystarczy także przeprowadzić kwerendę tego typu przepisów funkcjonujących w krajach Zachodu, do którego chcemy się zaliczać. Rozwiązań jest masa. Przepisów także. Nie było dotychczas woli politycznej, aby to uregulować.

 

Osobną kwestią, której w dalszej kolejności duże reprezentatywne związki zawodowe powinny się przyjrzeć i zainicjować zmiany w prawie wymuszające prawidłowy efekt, to praca Państwowej Inspekcji Pracy. Instytucja ta, utrzymywana z budżetu, jest zależna prawnie i administracyjnie od struktur rządu, ale mimo to zbyt mało skuteczna w egzekwowaniu prawa pracy. To miliony wyrzucane w błoto. Albo związki zawodowe spowodują projektem nowej ustawy zmiany w tym względzie, albo powinny domagać się przejęcia kompetencji PIP wraz ze środkami finansowymi na taką działalność. Istniejący stan rzeczy ma objawy klinicznej niewydolności. Wystarczy porozmawiać z przypadkowymi ludźmi na dowolnym przystanku, by się o tym przekonać. I nikomu (jeśli chodzi o organizacje i osoby prawne) to nie przeszkadza?

 

Zastanawiam się dlaczego związki zawodowe trzech największych central nie żądają jednoznacznego rozstrzygnięcia w tej sprawie, choć powszechnie wiadomo, że PIP, nawet wezwane do danej firmy prywatnej czy spółki skarbu państwa, czy też z kapitałem obcym, nie jest w stanie wykazać nieprawidłowości pracodawcy i skutecznie ich zakazać, jakoby ze względu na dobro pracowników lub firmy. Nieprawidłowości utrzymywane ze względu na dobro pracownika lub firmy – to kolejny mit wymyślony dla potrzeb liberałów.

 

Niestety, tego typu fikcji jest więcej, wystarczy przyjrzeć się Najwyższej Izbie Kontroli. Ciężkie pieniądze wydawane na jej istnienie, ciężka praca jej urzędników i co? Tony protokołów i bezsilność. Ta sama sytuacja, jaka dotyczy większości struktur, które mają coś poprawiać. Złe przepisy lub brak prawidłowych regulacji? To po co wydajemy na tak zbudowane instytucje pieniądze publiczne? Jeśli wiemy, że takie instytucje są potrzebne, musimy naciskać na takie zmiany w prawie, aby instytucje te spełniały skutecznie swoją rolę. Napisanie protokołu kontroli bez możliwości nałożenia choćby mandatu czy grzywny w przypadku Najwyższej Izby Kontroli, sprawdzającej prawidłowe funkcjonowanie poszczególnych struktur państwa, jest nieporozumieniem i marnotrawstwem.

 

Odrębną sprawą jest sposób uchwalania ustaw w Polsce. Proces legislacyjny jest świadomie tak zbudowany, aby w każdym projekcie ustawy można było pogmerać i coś zmienić. Oczywiście również (a może przede wszystkim) z przyczyn politycznych, lobbingu lub tzw. dywersji. W obowiązującej procedurze ani nie jest to trudne (vide „afera Rywina”), ani nie jest to zjawisko rzadkie. Wystarczy zmienić przecinek, wyraz, jedno sformułowanie lub przepis, aby dokonać dywersji treści ustawy lub zniszczyć jej kompatybilność z innymi ustawami. Najczęściej dokonuje się tego w tzw. komisjach sejmowych, do których swoich przedstawicieli o różnym przygotowaniu, wykształceniu i zawodzie (?!) delegują partie polityczne. Uwarunkowania te powodują, że efekty legislacji są złe, ustawa ma zbyt często niską lub złą jakość. Kompatybilność ustaw i rozporządzeń szwankuje, a prawo jest krytykowane lub nieprzestrzegane ze względu na merytoryczne błędy. Czy można uchwalać ustawy inaczej? Jak najbardziej, ale konieczne są dwa warunki: 1) wola polityczna dokonania zmian sposobu legislacji; 2) przygotowanie i przegłosowanie nowego sposobu tworzenia i procedowania ustaw.

Historycznie znany jest sposób uchwalania ustaw, zapewniający ochronę przed korupcją, dywersją, złym lub stronniczym lobbingiem, błędami. System ten polega w uproszczeniu na:

A) Ogłoszeniu przez Sejm RP konkursu-przetargu na wykonanie projektu ustawy z podaniem głównych założeń (startują osoby fizyczne, zespoły i osoby prawne);

B) Przyjęciu przez Komisję przetargową do dalszego rozpatrywania wszystkich projektów, które spełniają ogłoszone, główne założenia konkursu-przetargu;

C) Debacie Sejmu nad wszystkimi przyjętymi projektami ustaw bez prawa zmiany litery, przecinka, znaku graficznego itp. w projektach ustaw, w celu wykazania ewentualnych błędów oraz zalet danego projektu i rekomendacji jednego projektu;

D) Głosowaniu Sejmu w celu wybrania jednego projektu ustawy;

E) Ewentualne poprawki projektu, bieżące w czasie rozstrzygania konkursu i późniejsze, musi wykonać ten sam autor lub autor wskazany przez zwycięzcę w umowie.

Sposób ten:

– gwarantuje spójność, kompatybilność ustawy ze względu na autorską nad nią pracę, zapewniającą wysoką jakość wykonania m.in. poprzez świadomość, że niska jakość wykonania lub rażące błędy wyeliminują startującego w przyszłości;

– poprawia systematycznie jakość stanowionego prawa poprzez wyżej wymieniony aspekt prawa autorskiego (przemyślanej koncepcji projektu autorskiego) oraz gwarantowanie autorskich poprawek;

– do minimum eliminuje korupcję, zły lub stronniczy lobbing, które stają się bezcelowe ze względu na otwartość i jawność sposobu legislacji (debata sejmowa porównująca publicznie projekty);

– przyśpiesza legislację poprzez wyeliminowanie zbędnych dyskusji posłów niebędących prawnikami lub skażonych lobbingiem, także poprzez narzucanie terminów w ramach konkursu.

Na razie jest zupełnie inaczej.

Mimo to, związki zawodowe muszą wykorzystać bieżący czas do inicjowania zmian przepisów i prawa. A także mimo dotychczasowego wyrzucania przez liberalnych parlamentarzystów do kosza społecznych i związkowych projektów ustaw oraz pomimo innych obstrukcyjnych zachowań liberałów, którzy od lat z premedytacją wprowadzali swój porządek rzeczy, tzw. „porządek mętnej wody”.

Ze związkowym pozdrowieniem

Zbigniew Stępień

Członek Rady Nadzorczej EnergiaPro SA w latach 2006-2010